|
|
|
|
| ROBERT
M
Get the Flash Player to see this player.
|

LG: Polacy coraz lepiej radzą sobie ostatnio za granicą: WAWA remixują nagrania największych gwiazd, ALEC SUN DRAE nagrywa z największymi producentami. Czy jest szansa, Twoim zdaniem, aby polska młodzież mocniej zaistniała na światowym rynku
dance?
RM: Dopóki ludzie nie zrozumieją, że trzeba pracować ciężko i szanować innych w swojej branży oraz być bardzo zdeterminowanym w tym co się robi, to może być ciężko. Ja każdemu życzę dobrze i chcę by kiedyś polscy producenci mieli większe możliwości oraz przebicie,
ale dopóki nie skończy się zawiść oraz wieczna zazdrość i krytykowanie innych, to sukcesu nie będzie.
LG: Radzisz sobie świetnie. Masz wsparcie wielkich Djów / producentów takich jak
Tiesto, Tom Novy czy Mark Knight. W jaki sposób udało ci się zainteresować ich swoimi produkcjami?
RM: Musisz ich spytać. Myślę, że wiele godzin w studio i skierowanie mojego życia
tylko na muzykę było tym kluczem.
LG: Jakie będą tendencje w muzyce dance w przeciągu najbliższych kilku lat?
RM: Nie wiem, jestem za słabym producentem by oceniać muzykę jaka będzie nawet i za miesiąc, nie mówiąc już o najbliższych latach .
LG: Opowiedz nam co tak naprawdę wydarzyło się w tym hotelowym pokoju?
RM: Ciężki melanż. Teraz już z tym skończyłem, mam zajebistą dziewczynę i nie potrzebuję już syfu w swoim życiu .
LG: Dziękuję za rozmowę.
RM: Dzięki
|
|
Leszek Gosek: Witaj Robercie. Na wstępie gratulacje. TAXI wydaje się być sporym sukcesem, nieprawdaż?
Robert M: Myślę, że przez dobór gości oraz różnorodną muzykę album jest na pewno ciekawy, ale to już ludzie będą oceniać.
LG: Jak długo pracowałeś nad tym projektem. Opowiedz nam o procesie powstawania tego albumu.
RM: Około 6 miesięcy. Praca była dość intensywna. Powstał album i do tego zrobiliśmy sześć wersji radiowych.
LG: Na świecie projekty dance’owe oparte są głównie na sprzedaży singli, pojedynczych utworów. Zazwyczaj jedynie najwięksi, tacy jak Tiesto, Oakenfold czy David Guetta mogą sobie pozwolić (ze względu na zainteresowanie rynku) na wydanie solowych albumów. Tobie też się to udało. Zazwyczaj majorsy nie specjalizują się w nurtach dance’owych. Co wpłynęło, że Sony Music Polska wydała twój projekt?
RM: Myślę, że Paweł Zienkiewicz wierzy w to, co robię i to go skłoniło do współpracy ze mną. A co do dużych labeli to zawsze wydawały klubowe kawałki, które miały klip i były w radio od zawsze wiec nie zgodzę się z tym, że duży label jest nastawiony na inną muzykę. Ale faktycznie Polska jest jeszcze zamknięta na ten nurt.
LG: Masz za sobą nagrania dla europejskich labeli dance’owych takich jak: Ministry of Sound, Kontor Records czy Pacha Recordings. To cenione labele na rynku. Twoje nagrania dostępne są również m.in: na portalu Beatport. Planujesz karierę międzynarodową? Czy Taxi jest takim projektem?
RM: Nie wiem, czas pokaże. Tworzę muzykę dla ludzi i dla hitów. Nie chcę myśleć czy zrobię karierę, bo nie dlatego to robię. Chcę by moja muzyka docierała wszędzie a ja jako osoba mogę być z boku.
LG: Lubisz mieszać style – to obecnie jeden z najczęstszych trendów w muzyce dance. Co na to wpływa? Czy wynika to z tego, że wyczerpały się pomysły w ramach poszczególnych gatunków? Czy jest to chęć urozmaicania i wzbogacania?
RM: Nie chcę stać w miejscu bo jaki to ma sens dla kogoś kto chce się rozwijać? To tylko twoja własna motywacja i determinacja sprawia, że idziesz naprzód. Stanie w miejscu cię ogranicza. Dużo ludzi boi się ryzykować, ja nie.
LG: Artyści dance’owi coraz częściej kolaborują z wykonawcami spod znaku soul, R’n’B, czy Hip Hop. Co szczególnego, Twoim zdaniem, tego typu współpraca przynosi?
RM: Jak powiedziałem wyżej – rozwój. Dla mnie to zajebista sprawa gdy mogę robić muzykę z wieloma szanowanymi artystami, bo tak naprawdę kocham to co robię i cieszę się, że ktoś to zauważa i ma ochotę na współpracę ze mną przy nowym projekcie.
LG: Jakich artystów / Djów / producentów szeroko pojętej muzyki tanecznej cenisz sobie najbardziej i za co?
RM: Jest ich zbyt wielu. Wyznaję zasadę „jedna miłość, jeden cel,” a kwestia wykonania i jakości to kwestia gustu, o którym się nie dyskutuje. Dla jednego jestem chujowy, a inny mnie ceni - to powinno być odpowiedzią na twoje pytanie.
|
|
|
|
| DOROTA
MIŚKIEWICZ
Get the Flash Player to see this player.
|
LG: Twoja muzyka jest fuzją wielu gatunków i różnych elementów z całego świata. Gorąca krew i tętno, ale i nostalgia oraz melancholia zarazem. Którego z tych pierwiastków jest więcej w Dorocie Miśkiewicz?
DM: Tu posłużę się Wojciechem Młynarskim. „Nie ma jasności w temacie Marioli” i nie ma jasności w temacie Doroty. Jednak, kontynuując wątek Pana Wojciecha: „podchodzą mnie wolne numery, fararara...”
LG: Skąd czerpiesz fascynacje tworząc swoją muzykę? Widoczna jest
w Twojej twórczości niebywała melodyjność. Skąd to wypływa?
DM: Właśnie z tego, że jestem „typ liryczny” (patrz wyżej). Lubię staromodną piosenkę bo jest właśnie melodyjna. Bacharach, Legrand, czy nasz rodzimy Nahorny i Wasowski. LG: Co wpływa na tak dobry odbiór Twojej płyty Caminho w Polsce?
DM: Gdybym to wiedziała?!
LG: Nagrałaś duet z Cesarią Evorą. Ona również cieszy się szczególną popularnością w kraju. Na czym Twoim zdaniem polega jej fenomen?
DM: Cesaria jest uczciwa. Tak jak śpiewała kiedyś w barach, tak śpiewa dziś. Nikogo nie udaje. Ma dobry, rozpoznawalny głos i śpiewa swoją muzykę ludową, która jest dość prosta w odbiorze i oryginalna. Do tego łut szczęścia
i odpowiedni, pomocni ludzie.
LG: Lubisz wpółpracować z gośćmi z zagranicy przy swoim materiale. Cóż specjalnego wnoszą?
DM: Odważyłam się zaprosić na nagrania perkusjonistę z Brazylii. Przeżycie niesamowite! Jego groove, tak inny od naszego. Myślę, że odmienił oblicze płyty „Caminho”. Dodał niecodzienności, oryginalności w rytmie i brzmieniu (przywiózł sporo oryginalnych instrumentów). Cała płyta to ciekawe połączenie samby, jazzu, piosenki starodawnej i popu. Jednak instrumenty
i poczucie rytmu naszego gościa, Luiz’a Guello, nadają całości wspólny mianownik.
LG: Czy idąc tropem Anny Marii Jopek masz plany na trasę międzynarodową? Czy byłabyś w stanie zaprezentować Caminho w innym języku niż polski?
DM: Nie wiem. Na razie nie planuję kariery zagranicznej. Jadę we Wrześniu na kilka koncertów po Niemczech, myślę że zaśpiewam trochę po angielsku, trochę bez słów i trochę po polsku. Lubię brzmienie polskiego języka. LG: Czym mogłabyś zainteresować publiczność międzynarodową? Co jest znakiem charakterystycznym dla Doroty Miśkiewicz różnicującym Cię od innych artystów?
DM: Nie jestem tak wyrazista jak Cesaria, czy Bjork. Subtelność, liryka, muzykalność to moje atuty. Ale czy są wystarczająco charakterystyczne? Bardziej charakterystyczne chyba jest nosowe brzmienie mojego głosu. Owszem, największe gwiazdy światowe zawsze mają coś bardzo charakterystycznego. Ale ich jest niewiele. Nie napinam się więc na tę charakterystyczność. Bardziej koncentruję się na rozwijaniu atutów.
LG: Otrzymałaś nominację do PAM Awards, a także dwie nominacje do tegorocznych Fryderyków. Zależy Ci na nagrodach i uznaniu branży?
DM: To miłe. Lubię być doceniana przez fachowców. Kto nie lubi?
LG: Jakie są Twoje plany na najbliższe miesiące?
DM: Chcę trochę odpocząć, zrelaksować się. Może na luzie powymyślam nowe piosenki. Powinnam zacząć myśleć o kolejnych projektach. Ale najpierw relaks, w końcu idą wakacje!
LG: Jakie Twoim zdaniem są najważniejsze wyzwania i obowiązki artysty świadomego swojej roli we współczesnym świecie?
DM: Jeżeli chodzi o mnie, to nie wiem czy czuję się bardziej artystą czy po prostu szansonistką, muzykantem. Zastanawiam się czy nie nadużywamy słowa „artysta”. Stawiam sobie za cel nieść ludziom trochę radości i oddechu od codzienności. Pokazuję im, że nie są sami ze swoimi przeżyciami. Czasem zaśpiewam coś dziwnego, tak do zastanowienia. Staram się, aby to co śpiewam, było na dobrym poziomie. Moje wyzwanie, to połączyć rozrywkę
z zadumą, prostotę piosenki z wymagającymi skupienia elementami jazzu. Chcę docierać do ludzi, umuzykalniać, pokazywać, że jazz nie gryzie,
a muzyka niejedno ma imię.
LG: Dziękuję za poświecony czas i życzę pomyślności na Twojej artystycznej drodze.
|
|
Leszek Gosek: Niedawno zakończyłaś trasę koncertową promującą Twoją najnowszą płytę Caminho. Opowiedz nam proszę o tych koncertach oraz
o tym, jaką były one drogą dla Ciebie do przebycia.
Dorota Miśkiewicz: Koncerty promujące płytę „Caminho” były bardzo dobrze przyjęte. Pokonałam busem trochę drogi liczonej w kilometrach aby odwiedzić miasta większe i mniejsze. W każdym z nich przebywałam krótkie drogi spacerując i wczuwając się w klimat zakątka, w którym danego dnia występowałam. A w czasie koncertów wybierałam się w drogę do publiczności. Ta droga za każdym razem jest trochę inna, bo inaczej się czujemy, publiczność jest różna, jednak za każdym razem jest ta sama chęć nawiązania kontaktu.
LG: Lubisz koncertować? Podróżowanie masz pewnie w swoich korzeniach ze względu na szczególne tradycje muzyczne w Twojej rodzinie.
DM: Koncerty to nagroda za wszelkie trudy zawodowe. W trasie koncertowej znikają troski i problemy związane z domową codziennością. Bardzo lubię koncerty, a szczególnie te wyjazdowe, lubię atmosferę hoteli. Ale jako dziecko nie podróżowałam z tatą i nie wiem czy to kwestia korzeni.
LG: Jaki wpływ miała rodzina na Twoją „Drogę” artystyczną?
DM: W domu rodzinnym muzyka była bardzo ważna. Tata przywoził płyty
z lżejszym jazzem dla mnie i brata. Słuchaliśmy Al’a Jarreau i George’a Benson’a jako dzieci. Myślę, że okres dzieciństwa bardzo wpłynął na to, co robię teraz. Z jednej strony jazz, który pobrzmiewał w domu, z drugiej pop sączący się z radia i ten Al Jarreau, który łączył jazz i pop. Jakby się nad tym zastanowić, dziś staram się robić to samo, co on, choć innymi środkami.
LG: Jesteś wszechstronnie wykształcona muzycznie. Ukończyłaś Akademię Muzyczną w klasie skrzypiec. Komponujesz, piszesz teksty, jesteś wokalistką, współprodukujesz swojej płyty. W której z tych dziedzin czujesz szczególną swobodę i powołanie?
DM: Czuję się wokalistką. Skrzypce pokrywa coraz większa warstwa kurzu, a pisanie piosenek traktuję jako hobby.
LG: Poza Akademią otrzymałaś wiele praktycznych lekcji, współpracując
z takimi legendami jak Włodzimierz Nahorny, Tomasz Stańko, czy Twój ojciec Henryk Miśkiewicz. Czego Cię nauczyli? Jaka była najcenniejsza lekcja jaką od nich otrzymałaś?
DM: Nahorny jako pierwszy we mnie uwierzył i poprosił o współpracę. Przy nim odkrywałam swoje możliwości wokalne, uczyłam się improwizacji. Stańko pokazał mi siłę koncentracji, tata – zwykłą radość wspólnego muzykowania na scenie. Lekcji udzielam sobie sama obserwując innych, których było znacznie więcej niż tu wymienieni, i lekcja ta trwa cały czas. Wiadomości wciąż muszę utrwalać, inaczej wszystko ulatuje. Wciąż uczę się tego samego. To tak jak ze sprzątaniem mieszkania, ciągle się kurzy. Tak i ja wciąż uczę się tej samej radości muzykowania, koncentracji, dawania siebie innym, radzenia sobie
z ograniczeniami głosowymi, szukania motywacji...
LG: W środowisku masz opinię perfekcjonistki, która dba osobiście o każdy szczegół. Czy jest to wynik profesjonalizmu, czy też obawa przed jego brakiem u innych?
DM: Lubię wiedzieć co dzieje się z muzyką, którą firmuję swoim nazwiskiem. W Polsce jest sporo dobrych producentów, którzy obracają się w konkretnych gatunkach np. pop, rock, r’n’b. Ale ja nie zaliczam się do żadnego z tych gatunków, więc nie chcę korzystać z ich pomocy na zasadzie wyłączności. Lubię za to wchodzić w spółki. Moja płyta jest moją odpowiedzialnością. Jeśli źle brzmi albo brzydko wygląda, nikt nie zastanawia się czyja to wina. Przyjmuję taką odpowiedzialność.
|
|
|
| AIMEE
ALLEN
Get the Flash Player to see this player.
|
LG: Śpiewasz piosenki po francusku,
angielsku i portugalsku. W którym z nich najłatwiej nawiązuje
Ci się kontakt z publicznością?
AA: Chodzi o to aby nawiązać kontakt z każdą publicznością,
niezależnie od języka w którym się śpiewa. Fenomenem jest siła
przekazu jaką ma muzyka, ta możliwość przekraczania barier językowych.
Uwielbiam wszystkie języki. Każdy język ma swoją specyfikę i w
związku z tym inaczej podchodzi się do każdej nuty. I to jest
frajda dla wokalisty. To jest jak uczta z wieloma różnymi,
pysznymi daniami, którymi dzielisz się ze swoimi słuchaczami.
LG: Twoja najnowsza płyta L’Inexplicable jest głównie
francuskojęzyczna. Czy nie obawiasz się, że może to stanowić
barierę na rynkach amerykańskim i brytyjskim?
AA: Nie obawiam się tego. Nigdy nie podejmuję decyzji ze
względu na upodobania jakiegoś rynku. Staram się raczej
przekazywać coś autentycznego poprzez moją muzykę. Jestem pewna,
że jeśli działasz w ten sposób, to cała reszta sama przyjdzie.
LG: Opowiedz nam jak powstawał materiał na ten album.
AA: Koncepcja albumu oraz jego zawartość to długa historia
pełna meandrów. Proces nagrania płyty był wyjątkowy ze względu
na ludzi,
z którymi ją nagrałam. Mieliśmy tylko jedną próbę i po czym
nagraliśmy cały materiał w jeden dzień. Nad post produkcją
albumu pracowałam z Mishą przez kilka następnych tygodni. W tym
czasie skoncentrowałam się na wokalach, a także na smaczkach
takich jak dodatkowe instrumenty, w tym perkusyjne. To tak w skrócie.
Płyta powstała w bardzo jazzowy sposób. Taki był pomysł na nią.
Autentyczna przyjaźń pomiędzy muzykami jest tu słyszalna i
wyczuwalna. Oczywiście nie jest to do końca jazzowa płyta. Dzięki
nieocenionej pomocy Mishy, na płycie pojawiły się także
dzwonki
i gwizdy. Ale tak naprawdę, to doskonałe partie muzyków, którzy
zagrali płycie stanowią o tym albumie.
LG: Twój ulubiony utwór z płyty?
AA: Ciężko powiedzieć. Jestem dumna że wszystkie się tak
naturalnie wpasowują, gdyż każdy z osobna jest odmienny, a razem
stanowią spójną całość. Ale gdybym musiała wybrać mój
ulubiony utwór, to byłby to utwór tytułowy. Początkowo była to
bardzo prosta piosenka i nie wiedziałam jak będzie wyglądać, aż
do samego końca. Była ostatnim nagraniem, które umieściliśmy w
zestawie. Kształtów nabrała podczas nagrania. I była to dla mnie
lekcja jak należy pracować nad materiałem. Podoba mi się, że
wyróżnia się od reszty piosenek, a zarazem jest spoiwem całości.
LG: Polska jest pierwszym europejskim krajem, w którym ukazał
się Twój album. Dlaczego debiutujesz w Europie właśnie via
Polska?
AA: L’Inexplicable był moim niezależnym projektem powstałym
z myślą o Europie. Jednak nigdy nie było żadnych wstępnych
planów gdzie miałby się ukazać w pierwszej kolejności. Chciałam
być w zgodzie z moim odczuciami jako artystka jazzowa, a zarazem
zrobić coś innego, bardziej popowego. Po okresie ciężkiej pracy,
gdy album był już skończony, znalazłam partnerów w Polsce, który
byli zachwyceni materiałem i pełni zapału do działania. Dzięki
temu płyta ta ujrzała światło dzienne w Polsce. Jestem bardzo
szczęśliwa, że to właśnie Polska jest pierwszym krajem w
Europie, gdzie album jest dostępny. Zauważyłam, że polscy słuchacze
są ciekawi nowości, a także że są zaangażowanymi i
inteligentnymi odbiorcami. Ta charakterystyka doskonale
odzwierciedla do kogo ten album jest adresowany.
LG: Jakie są plany wydawnicze w innych krajach na świecie.
Czy i kiedy będzie można Cię zobaczyć na żywo?
AA: Tak ja wspomniałam, płyta ta jest moim niezależnym
projektem ale mam nadzieję, że pojawią się kolejne możliwości
dla tego materiału. Chciałabym wydać go w kolejnych krajach zarówno
w Europie (Wielka Brytania, Niemcy, Francja), jak i na
świecie. Obecnie album dostępny jest w Japonii. Na pewno powrócę
do Europy z koncertami w 2009 roku. Oczywiście dam wam znać!
LG: Czy ponownie przeniosłabyś się do jakiegoś
europejskiego kraju? Może Londyn tym razem?
AA: Oczywiście! Bez dwóch zdań. Wszędzie gdzie mogę śpiewać,
występować i tworzyć czuję się jak w domu. Nie miałabym nic
przeciwko gdybym mogła mieć swoje apartamenty w Nowym Jorku i Paryżu.
Londyn doskonale wpasowuje się w tą koncepcję – jest dokładnie
pośrodku. Ach, to raczej brzmi jak bajka, niemniej powinniśmy mieć
marzenia, nieprawdaż?
LG: Jakie są Twoje marzenia i co chciałabyś w życiu osiągnąć
– jako kobieta i jako artystka?
AA: Staram się realizować moje marzenia po kolei, a mam ich
naprawdę wiele. I lepiej o nich czasami za dużo nie myśleć. Śpiewanie
jest jednym
z nich i w tym się realizuję. Dlatego teraz chciałabym bardziej
skupić się na muzyce. Wierzę, że cała reszta wtedy przyjdzie
sama.
LG: Życzymy zatem realizacji wszelkich planów i powodzenia
na drodze artystycznej. Dziękuję za rozmowę.
AA: Dziękuje bardzo!
|
|
Leszek Gosek: Wywodzisz się z muzykalnej
rodziny. Opowiedz nam
o swoich pierwszych muzycznych wspomnieniach.
Aimee Allen: O tak!, pamiętam że muzyka w naszym domu grana
było bezustannie. Jeśli nie pochodziła z bogatej kolekcji mojej
mamy, to płynęła z radia. No i pamiętam głos mojej mamy. Bez wątpienia
była pierwszą osobą, którą usłyszałam gdy śpiewała. Ona śpiewa
przepięknie. Chyba nie muszę podkreślać, że śpiewam dzięki
niej.
LG: Od najmłodszych lat miałaś kontakt z muzyką jazzową.
Co w tej estetyce jest Ci bliskie?
AA: To jest bardzo trudne pytanie, ponieważ praktycznie
wszystko co dotyczy tego gatunku jest bliskie mojemu sercu. Na pewno
wpływ na to miał mój brat, który także jest muzykiem w naszej
rodzinie i jest świetnym gitarzystą. Dorastałam słuchając jak
gra oraz obserwowałam jego rozwój. Spędziłam mnóstwo czasu śpiewając
z nim. Dlatego soczyste, jazzowe brzmienie gitary jest mi szczególnie
bliskie. Czuję się przy tych dźwiękach jak w domu. Poza tym
bardzo lubię występować w trzyosobowym składzie - tylko z gitarą
i basem. To oferuje prostotę przekazu. Bliskość pomiędzy mną i
muzykami bezpośrednio udziela się publiczności. Taki skład daje
również mnóstwo możliwości by odkrywać nowe obszary, gdyż
komunikacja pomiędzy nami jest uproszczona. Wtedy granie jest
bardzo proste i
elementarne i dzięki temu niezwykle szczere. Myślę, że to
wszystko powoduje, iż jazz jest mi szczególnie bliski.
LG: Ukończyłaś wydział prawa na Uniwersytecie Yale. Prawo
i muzyka to raczej wykluczające się światy. Jak Tobie udaje się
połączyć obowiązki prawnika i piosenkarki?
AA: Tak naprawdę to studiowałem na Uniwersytecie Yale, ale
prawo ukończyłam i dyplom obroniłam na Uniwersytecie Columbia w
Nowym Jorku. Studiowałam prawo także na paryskiej Sorbonnie i także
tam obroniłam tytuł magistra. To fakt, że muzyka i prawo to zupełnie
odmienne światy. Muszą we mnie zatem tkwić dwie osobowości, które
nieustannie walczą ze sobą. Ale chyba obecnie udaje mi się nad
nimi w pełni zapanować. Prowadzę kancelarię prawną,
która pomaga moim klientom, którymi są artyści tacy jak ja.
Praca z nimi i to co robię, sprawia mi przyjemność bowiem każdy
z nas działa w tej samej branży. Fascynuje mnie, że rzeczy które
tworzę przynoszą wymierne efekty. Wydaję mi się, że ta
fascynacja sprawia, iż działam jako prawnik i prowadzę firmę
zarazem. Każdy niezależny artysta musi wszystko robić samemu –
tworzyć, promować się, sprzedawać. Prowadząc kancelarię prawną
mogę sama zająć się wszystkimi moimi sprawami od początku do końca.
LG: Co spowodowało, iż podjęłaś decyzję o wyjeździe do
Paryża by spróbować zrobić karierę w tym mieście?
AA: To nie była chęć robienia kariery. Zupełnie o tym nie
myślałam! Spędziłam prawie sześć miesięcy w Paryżu jako
studentka, a gdy wyjeżdżałam nadal czułam niedosyt magii tego
miasta. Wróciłam do Paryża po obronie pracy magisterskiej. Wtedy
śpiewanie wydało mi się oczywistym sposobem na poszerzenie mojego
doświadczenia, a także pozwoliło mi poczuć się częścią
kulturalnej sceny Paryża. Myślę, że właśnie kultura jest
jednym z najwspanialszym aspektów dotyczących Paryża.
LG: Nowy Jork czy Paryż? Co najbardziej fascynuje Cię w każdym
z tych miast?
AA: Oczywiście, że nigdy nie będę w stanie wybrać.
Dawniej naiwnie myślałam, że uda mi się po trochu żyć w obu.
Przez krótki okres nawet mi się to udało. Od 2002 roku mieszkam w
Nowym Jorku. Oczywiście często wracam do Paryża by tam koncertować
oraz odwiedzić moich przyjaciół. Paryż jest piękny i to piekno
jest wszędzie dookoła - miasto samo w sobie, jego architektura, światła,
moda, jedzenie. Paryżanie wszystko co robią przepełnione jest
pasją i romantyzmem. To jest niesamowite i uwielbiam ten styl
bycia. Nowy Jork jest inny.
W szczególności dotyczy to modelu życia, z jego szaleńczym
tempem, ale też niezwykłymi rzeczami dookoła. Wszystko w
Nowym Jorku zmienia się błyskawicznie, co daje możliwość ciągłego
odnajdywania nowych inspiracji. Uwielbiam te wszelkie nowości i
nieprzewidywalne rzeczy, które czekają na ciebie w Nowym Jorku.
LG: Władasz trzema językami. Na jakim etapie pracy nad
piosenką decydujesz w jakim języku ją zaśpiewasz? Czy wpływ na
to mają emocje i to one decydują o doborze języka?
AA: Biegle władam jedynie dwoma językami: francuskim i
angielskim. Na średnim poziomie znam również hiszpański. To daje
mi możliwość generalnego rozumienia innych języków, jak choćby
portugalskiego, który jest dla mnie fuzją francuskiego i hiszpańskiego.
Kocham obce języki. Jednym z przedmiotów na studiach była
literatura. Dlatego wszystko co dotyczy słów i danego języka
fascynuje mnie: brzmienie, znaczenia, pochodzenie, konotacja,
poezja.
Kiedy piszę piosenki, to nigdy nie zastanawiam się nad doborem języka.
O tym decyduje muzyka. Podyktowane to jest przez emocje, ekspresję
słów, a nawet samogłoski i spółgłoski mają na to wpływ.
Niemniej uważam, że mówienie w ten sposób o procesie twórczym
znacznie upraszcza jego specyfikę. Dla mnie tworzenie jest o wiele
bardziej magiczne. W przypadku L’Inexplicable zamysł był na płytę
francuskojęzyczną oraz na angielską wersję utworu Qu’est-ce
que’on est bien ici – i w tych dwóch przypadkach był to świadomy
wybór.
|
|
|
| BABY
DEE
Get the Flash Player to see this player.
|

LG: Twoje
wspomnienia z występów w Londynie? Lubisz to miasto?
BD: Mój pierwszy
występ w Londynie odbył się w Bistrotheque – świetna
restauracja w dzielnicy Hackney. To miejsce z małą kabaretową
sceną przeznaczoną głównie na występy typu drug queen. Zabawne,
gdyż ostatnio występowałam tam ponownie. Tym razem był to występ
w trakcie bankietu zorganizowanego przez Jespera – artystę i
filmowca, który wykorzystał jedną z moich piosenek w jego
najnowszej produkcji. Było świetnie zagrać tam ponownie.
W Londynie dałam wiele
udanych koncertów – zbyt wiele by je wszystkie wymieniać.
Podczas ostatniego z nich miałam wrażenie, jakbym występowała w
tym mieście za często. Szczególnie ostatnimi czasy. Jednak mój
ostatni londyński koncert był zupełnie inny od pozostałych.
Zamiast pełnego składu wystąpili ze mną jedynie: wiolonczelista
John Contreras oraz skrzypek Maxim Moston. W związku z tym koncert
miał bardziej klasyczną i spokojniejszą oprawę. I to było
wspaniałe! Chyba jeden z najlepszych występów jakie dałam do tej
pory. Teraz przerwa. Na mój kolejny londyński koncert przyjdzie
poczekać do grudnia.
LG: Czy występowałaś
już w Polsce?
BD: O tak! Występowałam
w mieście Wroklav (jestem pewna, iż przekręciłam nazwę). Byliśmy
tam prawie 12 godzin i dopiero wtedy ktoś wyprowadził mnie z błędu,
iż nie jesteśmy
w Warzaw!
LG: Opowiedz nam
o twoich najbliższych planach?
BD: Na pewno więcej
kameralnych występów z Johnem i Maximem. Myślę również o nowej
płycie, która będzie bardzo klasyczna. A w chwili obecnej,
kolejne koncerty w Holandii i Irlandii. Po nich wracam do domu i
zamierzam skupić się na obcowaniu ze swoim kotem i psem. Absolutny
luz.
LG: Dziękuję
bardzo za rozmowę.
BD: Dzięki
|
|
Leszek Gosek:
Jesteś wszechstronnie utalentowana, komponujesz, śpiewasz. Co w
sztuce jest dla Ciebie najważniejsze i jak przedstawiłabyś
sylwetkę Baby Dee?
Baby Dee: Niewątpliwie
w mojej głowie kotłują się pomysły, niemniej swoje utwory tworzę
raczej w prosty sposób. Czekam na chwilę, gdy mam coś do
powiedzenia i przekazania. Wydaję mi się, iż wartwa literacka
jest dla mnie najistotniejsza.
Opisać siebie? Oj nigdy
bym się nie odważyła na coś takiego.
LG: W lutym ukazał
się twój nowy album Safe Inside The Day. Co chciałaś przekazać
tą płytą?
BD: Przesłanie,
które chciałam przekazać brzmi, iż ważniejsze jest wnętrze, niż
to co dookoła. Wydaję mi się, iż kluczowe dla mnie jest to co
tkwi w każdym z nas. Cała reszta jest drugorzędna – nie jest
istotne co w życiu zyskujemy, czy tracimy. Dotyczy to również
tych wszystkich, których witamy i żegnamy na naszej drodze. Tylko
Ci, którzy mają wpływ na nasz los mają znaczenie. Nie ważne czy
ich spotkaliśmy osobiście, czy nie. Nie ma znaczenia czy kochaliśmy
się z nimi, czy tylko czytaliśmy ich twórczość. To również
ci, którzy nas poczęli, lub sprawili że przez lata żyliśmy w
strachu. Tylko ci ludzie, którzy wywierają na nas piętno tak
naprawdę są istotni. Tylko to się dla mnie tak naprawdę liczy.
LG: Do kogo twoim
zdaniem adresowana jest twoja twórczość?
BD: Do ludzi na
poziomie.
LG: Gdzie
przyjmowana jesteś najgoręcej ? Co twoim zdaniem o tym decyduje?
BD: Wszędzie miałam
dobre przyjęcie. Gdybym jednak musiała wybrać jedno miejsce,
gdzie publiczność miała ze mną szczególną więź, to będzie
to Kopenhaga. Duńczycy o wiele łatwiej poddają się atmosferze,
którą kreuję na moich koncertach. Oni nie boją poddać się
smutkowi. Równocześnie nie boją się rzeczy śmiesznych, czy
nawet głupkowatych. I za to ich kocham. Świetnie znają angielski,
dlatego nic nie umyka ich uwadze.
LG: Dzisiejszy świat
zalany jest produktami muzycznym niskich lotów. Co powinni zrobić
artyści twojego pokroju aby zainteresować publiczność twórczością
o wiele bardziej wysublimowaną?
BD: Kiedy po
przerwie od sceny i świata ponownie zaczęłam występować, moją
myślą przewodnią było: „jeśli nie jesteś związana z
żadnym miejscem, to możesz występować wszędzie”. I to się
sprawdza. Artyści powinni przede wszystkim być szczerzy w stosunku
do siebie. I jeśli ludzie to akceptują, to świetnie. A jeśli
nie, to pierdolić ich!
|
|
|
|
|